Wyczesując z włosów kampinoskie pająki doszłam do wniosku, że ja naprawdę kocham moje studia. I to obawiam się, że coraz bardziej.
Takie dziwne to moje życie. Można powiedzieć, że mam równocześnie koszmarnego pecha i niesamowite szczęście. Szczegóły sobie darujmy. Ale jest moje, własne i jedyne. I nie zamieniłabym je na żadne inne.
Czy to znaczy, że jestem szczęśliwa?
Muszę zacząć poważnie organizować sobie czas. Studia, praca magisterska, artykuł, projekt, rodzina, dom, przyjaciele. Tyle jest do ogarnięcia. I to same ważne, wręcz priorytetowe sprawy. Nic nie można zostawić na później, wszystkim muszę zająć się teraz i porządnie. A jeszcze o jakiś rozwój duchowy wypadałoby zadbać, coś czasem przeczytać czy obejrzeć, wyjść potańczyć lub na kawę... Skończyły się czasy bezmyślnego siedzenia przed komputerem, spania do południa i wieczornych ploteczek. I jakoś na ten stan rzeczy nie narzekam. Ja lubię żyć intensywnie. Tylko mam cichą nadzieję iż coś jest w przysłowiu, że im masz mniej czasu tym lepiej go umiesz zorganizować. Bo jak nie to... nie ma żadnego nie. Musi się udać i tyle.
A więc skończyło się marnowanie czasu.
Cóż... żegnaj kochanie.
I dobrze.